Mam własną ciemnię fotograficzną, w której wykonuję czarno-białe odbitki z negatywów małego, średniego i dużego formatu. Jej sercem jest Durst Laborator 138 — profesjonalny powiększalnik pozwalający mi pracować zarówno z filmem 35 mm, średnim formatem 120, jak i negatywami 4×5 cala.
Nie traktuję jednak ciemni jako miejsca, w którym po prostu „drukuje się zdjęcia”. To przestrzeń, w której fotografia przechodzi swój ostatni etap i dopiero wtedy otrzymuje ostateczny charakter.
Każda odbitka zaczyna się od pracy z negatywem, ale nie istnieje jedno ustawienie, które można po prostu zastosować i powtórzyć.
Wykonuję paski testowe, dobieram właściwy czas naświetlania i kontrast, a następnie pracuję nad poszczególnymi fragmentami obrazu. Jedne miejsca wymagają dodatkowego doświetlenia, inne trzeba chronić przed światłem. Czasem różnica kilku sekund pod powiększalnikiem całkowicie zmienia odbiór fotografii.
To właśnie tutaj zaczyna się coś, czego nie daje zwykły wydruk.
Negatyw zawiera obraz, ale nie definiuje jeszcze jego ostatecznej formy. Dopiero podczas pracy w ciemni mogę zdecydować, które partie fotografii mają pozostać delikatne, gdzie potrzebuję mocniejszej czerni, gdzie światło powinno prowadzić wzrok, a gdzie obraz może niemal rozpłynąć się w półtonach.
Każda odbitka jest więc wynikiem szeregu świadomych decyzji.
Pracuję wyłącznie z klasyczną czarno-białą odbitką fotograficzną. W zależności od procesu korzystam z chemii firm Foma i Ilford.
Film wywołuję ręcznie w koreksach. Mam osobne rozwiązania dla filmów 35 mm i 120 oraz dedykowany koreks do negatywów wielkoformatowych 4×5 cala.
Proces nie kończy się jednak wraz z wywołaniem filmu. Negatyw jest dopiero materiałem wyjściowym. Dopiero pod powiększalnikiem zaczyna się właściwa praca nad tym, jak fotografia będzie wyglądała jako fizyczny obraz.
I właśnie dlatego odbitka ciemniowa jest dla mnie czymś zupełnie innym niż plik wysłany do drukarki.
Nauczyłem się również samodzielnego wywoływania kolorowych filmów w procesie C-41.
To ciekawa technicznie procedura, ale również wyjątkowo niewdzięczna. W przeciwieństwie do wielu procesów czarno-białych C-41 wymaga bardzo precyzyjnego utrzymywania temperatury i daje znacznie mniej miejsca na improwizację.
Chciałem nauczyć się tego procesu przede wszystkim dlatego, żeby go rozumieć i potrafić wykonać samodzielnie.
Ostatecznie jednak z powodów zarówno praktycznych, jak i kosztowych niemal całkowicie zrezygnowałem z fotografii kolorowej. Dzisiaj zdecydowanie bliższa jest mi czerń i biel — również dlatego, że daje mi znacznie więcej satysfakcji podczas pracy w ciemni.
Dla mnie różnica pomiędzy wydrukiem a klasyczną odbitką fotograficzną jest fundamentalna.
Dobry wydruk może być perfekcyjny. Może niemal idealnie odwzorować plik, być powtarzalny i za każdym razem wyglądać dokładnie tak samo.
I właśnie dlatego trochę przypomina mi produkt fabryczny.
W ciemni jest inaczej.
Kiedy obserwuję, jak w kuwecie na pozornie pustej kartce papieru zaczyna pojawiać się obraz, mam poczucie realnego udziału w jego powstawaniu. Nie naciskam przycisku „drukuj”. Świadomie buduję fotografię światłem, czasem, kontrastem i chemicznym procesem.
Trochę jak rzeźbiarz, który wie, że forma już gdzieś tam istnieje, ale musi ją jeszcze wydobyć z materiału.
Negatyw zawiera wszystkie potrzebne informacje. Ciemnia pozwala mi zdecydować, które z nich pokażę i w jaki sposób.
To chyba najważniejsza rzecz.
W ciemni nie ma ilości. Jest jakość i proces.
Nie chodzi o wykonanie kilkudziesięciu identycznych kopii w możliwie krótkim czasie. Czas spędzony nad jedną fotografią nie jest dla mnie kosztem, który trzeba minimalizować.
Sam proces jest częścią nagrody.
Przebywanie w ciemni, regulowanie powiększalnika, kolejne próby, poprawki i obserwowanie niewielkich zmian pomiędzy odbitkami daje mi poczucie sprawczości, którego trudno szukać w cyfrowym workflow.
Stroję obraz.
Poprawiam go.
Uczę się jego możliwości i ograniczeń.
I przy okazji cały czas stroję również własne oko.
Każda kolejna odbitka uczy trochę więcej o świetle, kontraście i o tym, jak niewielka zmiana potrafi przesunąć cały obraz w zupełnie innym kierunku.
Na końcu zostaje coś bardzo konkretnego.
Nie plik.
Nie podgląd na ekranie.
Nie kolejna kopia wysłana z drukarki.
Zostaje fizyczna odbitka fotograficzna, która powstała bezpośrednio ze światła przechodzącego przez negatyw i została wywołana chemicznie na papierze.
Dlatego traktuję dobrą odbitkę ciemniową bardziej jak pojedynczy przedmiot niż jak reprodukcję.
Dwie wykonane przeze mnie odbitki z tego samego negatywu mogą być do siebie bardzo podobne, ale nie muszą być absolutnie identyczne. Drobne różnice wynikające z ręcznego naświetlania czy lokalnego doświetlania są naturalną częścią procesu.
I właśnie to jest dla mnie jej największą wartością.
Dobra odbitka ciemniowa zaczyna funkcjonować trochę podobnie jak grafika wykonana tradycyjną techniką albo obraz powstający pod ręką malarza. Ma swój materiał, swoją fakturę, konkretny proces powstawania i ślady decyzji człowieka, który ją wykonał.
Fotografia została wprawdzie zarejestrowana wcześniej, kiedy nacisnąłem spust migawki.
Ale jej ostateczny kształt powstaje dopiero tutaj.
W ciemni.
Asystent