Miałem już w życiu kilka sytuacji, w których udało mi się pomóc innym. Organizowałem finały WOŚP w Niemczech, czasem odpalałem zbiórki online, które kończyły się czterocyfrowym wynikiem, a czasem po prostu wrzucałem coś do puli po cichu, bez fanfar. Pomaganie potrafi dawać poczucie sensu. Sprawczości. Czasem nawet – kierunku.
Ale prawda jest też taka, że tych próśb, dramatów i akcji jest dziś po prostu za dużo. Każda strona, każdy feed, każde powiadomienie to nowe wołanie o pomoc. I w pewnym momencie organizm się buntuje. Trzeba filtrować. Trzeba stawiać granice. Inaczej łatwo w tym wszystkim przepaść. Większość serc – wbrew temu, co piszą na kubkach – ma swoje limity. Podziwiam tych, którzy potrafią być w tym non stop. Ja potrzebuję czasem oddechu.
I przez długi czas całkiem nieźle mi to wychodziło – trzymałem emocje na bezpiecznym dystansie. Aż do wiadomości na Messengerze. Dziwny link, zaproszenie do grupy. Otwieram: kolejna zbiórka. I niby wszystko jak zawsze, ale coś mnie tknęło. Historia młodego chłopaka, kosztowne leczenie, wyścig z czasem. I znajomi, którzy nie czekają, tylko działają. Szukają każdej możliwej ścieżki, by mu pomóc. Tak poznałem Barbarę – osobę, która mocno angażuje się w tę walkę i próbuje wspierać swoją przyjaciółkę w każdy możliwy sposób.
I wiesz co? Znowu coś kliknęło. Nie chodziło o wielkie gesty. Raczej o to, że nie chciałem przejść obojętnie. Że jeśli akurat dziś mam zasób, energię i jakiś zasięg, to może warto go wykorzystać. Może ta jedna reakcja pociągnie za sobą kolejne. Może ktoś inny też się zaangażuje. Efekt kuli śniegowej – to przecież wciąż działa. Czasem trzeba tylko lekko pchnąć.
Pomaganie to w gruncie rzeczy ekstremalny sport emocjonalny. Nie ma w nim podium ani mety. Ale czasem wystarczy jedno życie, jeden człowiek, jedna decyzja – by poczuć, że warto było się jeszcze raz przebiec.
Wiedząc, że niedługo będę w Głogowie, pomyślałem, że to dobry moment, by dorzucić coś od siebie — realnie, namacalnie, w swoim stylu. Zaproponowałem sesję fotograficzną, którą wystawiłem na licytację. Nie pamiętam już dokładnie, jaką ustawiłem cenę wywoławczą, ale na pewno była sensowna i przystępna. Chciałem, żeby ktoś ją po prostu przygarnął — żeby to miało serce i znaczenie, nie tylko wartość.
W głowie szybko policzyłem koszt materiałów — chemia, ciemnia, matriały — i podwoiłem. Uznałem, że jeśli zejść niżej, to równie dobrze mógłbym po prostu sam wpłacić tę kwotę i mieć temat z głowy. A jednak — coś mówiło, że warto spróbować inaczej.
Napisałem do Barbary i opowiedziałem, jaki mam pomysł. Z lekkim żartem dorzuciłem, że jeśli aukcja wypali, to przyjdzie trzymać blendę. Odpisała z entuzjazmem — to był ten moment, kiedy poczułem, że plan naprawdę ma sens. I wtedy wrzuciłem ogłoszenie z moją „ofertą”.
I zaczęło się coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Kwota zaczęła rosnąć. Szybciej niż puls w poniedziałkowy poranek. Patrzyłem, jak kolejne osoby dorzucają swoje złotówki — jakby to była aukcja jakiegoś unikatowego obrazu, a nie po prostu moja fotografia i mój czas.
Byłem w szoku. I — nie ukrywam — poczułem coś więcej niż tylko radość. Pojawiła się odpowiedzialność. Mocna, konkretna. Ta końcowa kwota była piękna, ale zaczęła też ważyć. Pomyślałem: cholera, teraz trzeba naprawdę dowieźć. Zrobić coś, co nie będzie tylko zdjęcie. Coś, co uniesie cały ten ładunek dobra, który się po drodze wytworzył.
Wystawiłem na licytację jedno zdjęcie wykonane aparatem wielkoformatowym. Tak było w założeniu. Oczywiście, planowałem zrobić kilka ujęć, żeby można było wybrać najlepsze — ale oddać tylko jedno, konkretne. No cóż… nie udało się poprzestać na jednym.
Był początek maja. Wiosna nie tyle przyszła, co wręcz eksplodowała — jakby przez ostatnie miesiące gromadziła po powierchnią ziemi by nagle, z zaskoczenia rozlać się po świecie. Kolorowe fontanny kwiatów tryskały zewsząd, drzewa udawały konfetti, świat obudził się z zimowego snu z hukiem, jakby za dużo spał i teraz musiał nadrobić każdy promień słońca.
Miałem dwa pomysły na zdjęcia. Jeden — ten bardziej ambitny i nieco ryzykowny — zakładał sesję gdzieś za miastem, wśród wysokich traw, z wieloplanową perspektywą i nutką romantycznego chaosu natury. Znalazłem nawet referencyjne zdjęcie w sieci, które dobrze oddawało to, co siedziało mi w głowie. Ale wiadomo — życie. Logistyka nie zagrała, katar sienny przypomniał o swoim istnieniu, a wizja włóczenia się po polach z aparatem i kichającym fotografem nie brzmiała jak coś, co da się sprzedać jako "komfort pracy".
Zatem plan B. I dobrze, bo ten plan miał coś, czego nie da się znaleźć w żadnej wyszukiwalnej lokalizacji – sentyment.
Fosa miejska w Głogowie. Miejsce, z którym jestem związany od lat. Przechodziłem tam przez różne fazy mojego życia: trochę buntu, trochę zadumy. Pierwsze piwo, papieros - lata wcześniej spacerowałem tam z Ojcem czy Dziadkiem. To taka przestrzeń, która zna moją twarz lepiej niż niejeden znajomy. Przed zdjęciami zrobiłem krótki rekonesans — zwykły spacer, ale z oczami szeroko otwartymi. Notowałem w głowie: tu jest cień, tu ładne linie, tu nikt nie chodzi. I wtedy zobaczyłem je.
Drzewko. Może to była wiśnia, może ozdobny krzew, a może jakiś mutujący róż – nie pytaj mnie o botanikę, proszę, bo moja paleta kolorów kończy się na „ładny” i „meh”. Ale to konkretne drzewo wyglądało, jakby ktoś wrzucił do Photoshopa magentę na 200% i zostawił. Kwitło jak szalone, kolorem ostrym niczym blask pochodni w ciemnym korytarzu.
Pomyślałem: to będzie mój cyfrowy backup. Coś, co uratuje sesję, jeśli reszta się rozpadnie. A jednocześnie: tło, które samo w sobie niesie klimat, kolor, energię. Takie drzewo nie pyta, czy pasuje do feedu – ono samo jest feedem.
I w tamtym momencie, stojąc przed nim, zrozumiałem: są kadry, których się nie planuje. To nie czlowiek wybiera kadr, to kadr wbiera czlowieka.
Sesja podzieliła się naturalnie na trzy etapy. Na samym początku — drzewo. Ale zanim pojawiła się Magda, drzewo „przećwiczyłem” z Basią. Spotkaliśmy się około godzinę wcześniej, wykorzystując ten bonusowy czas na rozmowy i kilka luźnych ujęć. Bez planu, bez pośpiechu. To była ta rzadkość, której na co dzień się nie doświadcza — sytuacja, w której nic nie trzeba, a wszystko się może wydarzyć. Aparat nie wyznaczał tempa, tylko spokojnie leżał obok, czekając aż rozmowa sama zdecyduje, kiedy warto sięgnąć po zdjęcie.
Z Basią gadaliśmy tak, jakbyśmy znali się od dawna, choć przecież to był pierwszy raz, gdy spotkaliśmy się na żywo. Była w tym jakaś miękka płynność — bez napięć, bez ustawiania ról. Siedzieliśmy na ławce w cieniu drzewa, dyskutując o wszystkim i niczym, przerywając co jakiś czas, żeby podejść do kadru, zrobić dwa-trzy ujęcia, po czym znów wracaliśmy do rozmowy. Fotografowanie nie było celem samym w sobie — raczej dodatkiem do sytuacji, która sama w sobie miała wartość. To był rzadki i bezcenny komfort — fotografować nie z konieczności, ale z naturalnej potrzeby uchwycenia czegoś, co już istnieje między ludźmi.
A potem pojawiła się Magda — z uśmiechem, który od razu przełamał resztki dystansu. Nie było żadnego „oswajania się z obiektywem”, żadnej niezręczności. Przeszliśmy od razu do trybu, jakbyśmy robili to już dziesiąty raz. Wszystko płynęło. Rozumieliśmy się bez nadmiaru słów — wystarczyło spojrzenie, gest, pół zdania. Wiedziałem, kiedy nie przeszkadzać, a kiedy poprosić o ruch. Ona zaś jakby intuicyjnie czuła, co ma sens w kadrze. To był ten rodzaj współpracy, który nie wynika z prób i błędów, tylko z jakiegoś niedopowiedzianego porozumienia.
I tu też — mimo że to był już ten właściwy moment, ta główna część sesji — nie rzuciliśmy się do roboty w stylu „dobra, teraz zdjęcia, szybka akcja”. Nadal wszystko odbywało się w rytmie, który bardziej przypominał spacer niż plan zdjęciowy. Fotografowanie przeplatało się z rozmowami — nie z obowiązku, ale z przyjemności. Żadne z nas nie próbowało „grać roli”, nie było barier, które trzeba by zdemontować. To dawało zdjęciom autentyczność — były efektem wspólnego bycia, a nie odhaczania pozycji z listy.
Ten moment, ta część sesji — właśnie przy drzewie, w głogowskim parku, w ciepłym, spokojnym świetle — to był dla mnie idealny przykład, jak fotografia może być czymś znacznie więcej niż rzemiosłem. Gdy działa prawdziwa chemia między ludźmi, aparat staje się tylko pretekstem do utrwalenia czegoś znacznie głębszego.
Wszystko zgrało się idealnie. Magda przyszła około godziny, półtorej przed golden hour — tym momentem, kiedy światło nabiera miękkości i zaczyna nadawać scenie zupełnie inny klimat. Wcześniej sprawdziłem, gdzie słońce będzie się powoli chować za horyzont, żebyśmy mogli spokojnie podążać za światłem, a nie gonić je na oślep. Chciałem mieć kontrolę, ale też pozwolić chwili zadziałać.
Zaczęliśmy od drzewa — tego samego, które nie wiem, jak się nazywa, ale na pewno nie zapomnę jego obecności i tego, jak pięknie komponowało się z otoczeniem.
Pierwsze minuty to była naturalna wymiana – nie było żadnego spięcia, żadnego próbowania „na siłę”. Po prostu rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat, a od czasu do czasu schodziliśmy z ławek, żeby zrobić kilka ujęć. Żadnych stresów, żadnych „ustawianek” – raczej chwile, które same się wydarzały. Podchodziłem, oddalałem się, szukałem kadrów, które mówiły same za siebie, bez wymuszania.
Magda miała na sobie lekką sukienkę, która idealnie współgrała z powietrzem i światłem tamtego dnia – jakby uszyta na miarę tej sesji w Głogowie. Miałem swój plan, ale sesja — jak to często bywa — rzuciła mi nowe pomysły i intrygujące chwile, które udało się złapać tylko częściowo. To, co powstało, to raczej teaser niż pełny film. Zapowiedź, którą mam nadzieję rozwinąć przy kolejnym powrocie do Głogowa.
Kiedy temat kolorów i okolicy drzewa został wyeksploatowany — tak, że każde ujęcie miało już swoją wersję i echo — przemieściliśmy się pod porośnięty mur fosy. To tam spodziewałem się, że zastanie nas golden hour. I rzeczywiście — słońce powoli zaczęło zmieniać barwę, a światło zyskało ten znajomy, ciepły ton, w którym wszystko staje się trochę bardziej nostalgicznym snem niż realnym miejscem.
Mur dawał strukturę. Charakter. Cień i światło zaczęły ze sobą tańczyć. Wykorzystaliśmy wiszące pnącza, które zwisały z muru jak gotowe dekoracje z planu zdjęciowego, nieco dzikie, nieco teatralne. To tam zdecydowałem się na główny portret. Pisałem to już kilka razy — ale warto powtórzyć: wielki format to cierpliwość, planowanie i odrobina magii.
Chciałem zdjęcia, które da maksymalną separację — twarz oderwana od tła, od świata, od reszty sylwetki. Zmieniałem geometrię soczewek, kombinując z przesunięciami jak przy tilt-shift — wszystko po to, żeby wyizolować ten jeden konkretny wyraz, to jedno spojrzenie, które warto zapamiętać.
Było ryzyko. Bezpośrednie światło potrafi płatać figle, kontrasty mogą się zbuntować, a materiał nie wybacza nonszalancji. Ale tym razem — udało się. Dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałem. Może nawet odrobinę lepiej.
Tak zamknęliśmy naszą fotograficzną podróż przez fosę. Z kadrem, który zostaje z człowiekiem na dłużej niż by się spodziewał.
Długo po tej sesji jeszcze o niej myślałem. Nie tylko o zdjęciach, choć z technicznego punktu widzenia jestem zadowolony. Myślałem raczej o tym, jak dziwnie i intensywnie potrafi działać przypadek, jeśli tylko dać mu trochę przestrzeni.
W całej tej historii — od wiadomości na Messengerze, przez licytację, po ostateczne zdjęcie — było coś zupełnie innego niż w mojej codziennej pracy. Inny kontekst. Inna motywacja. Brak typowej kontroli nad tym, kto stanie przed obiektywem i dlaczego. A jednak wszystko zagrało — nie dlatego, że było perfekcyjnie, tylko dlatego, że było prawdziwie.
Spotkałem też przy tej okazji wspaniałe osoby. Ludzi, z którymi chciałbym dokończyć rozmowy, których nie zdążyliśmy rozwinąć — może przy okazji innego pleneru, a może przy zwykłej kawie, gdzieś między jednym światłem a drugim. Bo czasem to, co najważniejsze, nie mieści się w kadrze — trzeba to po prostu przeżyć.
Ten portret, wykonany dla kogoś i w czyimś imieniu, był dla mnie przypomnieniem, że fotografia może być gestem — nie tylko formą ekspresji czy sztuką, ale konkretnym działaniem. Może dać komuś coś więcej niż obrazek: emocję, wartość, może nawet nadzieję.
I choć na co dzień celuję obiektywem w inne rejony — bardziej artystyczne, bardziej osobiste — to takie momenty budują coś głębiej. Pokazują, że to, co robimy z intencją, zostawia ślad. Nie zawsze w sieci. Czasem w kimś.
A życie? Życie pisze najciekawsze scenariusze. I nie mam nic przeciwko, żeby w kolejnych znów przypadkiem zagrać jakąś rolę.