Blog     Sesja zdjęciowa w Raciborzu – Sofiia w średnim formacie

Sesja zdjęciowa w Raciborzu – Sofiia w średnim formacie

Czarno-biały portret modelki z kręconymi włosami w naturalnym otoczeniu.

Pod Raciborzem, w cichej i niepozornej miejscowości Samborowice, czas zdaje się płynąć inaczej. To tam, między porzuconymi zabudowaniami dawnego gospodarstwa, natura odzyskuje swoje prawa, a światło igra z ruiną w sposób, który dla fotografa jest jak szept natchnienia. Dzięki uprzejmości jednego z mieszkańców, mogliśmy przekroczyć próg tego miejsca i stworzyć obrazy, które opowiadają więcej niż tylko historię modelki i fotografa. To była sesja, która miała swój początek w planach cyfrowych, a zakończyła się analogową opowieścią.

Pierwotnie celem sesji fotograficznej w Raciborzu były zdjęcia cyfrowe, skupione na grze koloru i światła. Ale życie – jak to ono – zapisało inny scenariusz. Z kieszeni wyciągnąłem mojego nowego towarzysza – klasyczną Mamiyę RB67. To aparat, który nie wybacza pośpiechu, ale w zamian nagradza uważność i czułość. W dłoni czułem ciężar nie tylko metalu i szkła, ale całej historii fotografii analogowej, jej powolności, precyzji i głębokiego skupienia.

W cieniu rozrośniętego krzewu – być może to był krzew bzu (może) – zatrzymaliśmy czas. Czarnobiały film nie szukał koloru, ale duszy. Światło miękko opadało na twarz Sofii, a tło – nieplanowane, trochę przypadkowe – stawało się tylko ramą dla jej obecności. To właśnie magia fotografii średnioformatowej: tchnienie prostoty, która ma w sobie elegancję i siłę wyrazu.

Sofiia jest modelką z rodzaju tych, które rozumieją język aparatu. Wie, kiedy trwać w bezruchu, a kiedy pozwolić emocjom przemknąć przez twarz jak cień chmur po łące. Moja rola? Pomiar światła, ustawienie kadru, sprawdzenie każdego detalu. Reszta była naturalną, cichą symfonią – dialogiem między światłem, formą i intuicją.

To była krótka sesja – preludium do zdjęć, które miały powstać później. A jednak efekt przerósł oczekiwania. Właśnie te analogowe ujęcia postanowiłem Wam dziś pokazać.

Czarno-biały portret kobiety z kręconymi włosami w spokojnej scenerii na świeżym powietrzu
Fotografka z aparatem Mamiya RB67 w Samborowicach

Mamiya RB67 - akcja!

Ta fotograficzna zabawa dała nam coś więcej niż tylko kadry — była pretekstem do rozmowy, do spokojnego „nadrobienia” towarzyskich zaległości. Minęło przecież blisko pół roku od naszej ostatniej wspólnej sesji. Był czas, by wymienić się tym prostym, a jakże potrzebnym „co u Ciebie?”, i w ten sposób znów zsynchronizować się jako zespół. Mieliśmy też przestrzeń, by poczuć to miejsce — zrozumieć, jak oddycha, jak się układa pod stopami, jak rezonuje z naszym nastrojem.

Fotografie cyfrowe miały swój ciężar — światło studyjne, konkretne założenia estetyczne. Analogowe klatki zaś powstały wyłącznie przy świetle zastanym, co czyniło ich powstanie znacznie bardziej ulotnym i organicznym. Ta kolejność była celowa — najpierw cisza i powolność filmu, potem intensywność cyfrowego światła. Wiedziałem, że muszę mieć choć kilka analogowych ujęć z tego miejsca. Chciałem coś, co później będę mógł wyjąć z kasety światłoszczelnej i powoli odkrywać w ciemni. To miejsce, ten moment i mój nowy aparat – wszystko mówiło „teraz”. Zbyt wiele przemawiało za tym, by się wahać.

Po lewej krótki film, pokazujący Sofiię z perspektywy wizjera w aparacie. 

Wywoływanie filmu średnioformatowego

Czasem jestem pytany o technikalia, więc dla ciekawych — kilka słów o tym, jak powstały te klatki. Użyłem filmu Fomapan 100, który wywołałem w Acurolu N. Dziesięć minut w temperaturze 20°C, z tolerancją na oko — w granicach pół stopnia. Początkowe 30 sekund delikatnego kręcenia koreksem, później jedna agitacja na minutę. Proces jak zwykle rytmiczny, niemal medytacyjny. Do zatrzymania wywoływania użyłem octowego przerywacza, a całość domknął klasyczny Rapid Fixer od Ilforda. Ze względu na miękką wodę nie dodawałem detergentu — nie było potrzeby. Woda w moim przypadku nie zostawia śladów, co pozwala mi jeszcze bardziej zaufać prostocie procesu.

 

Tym razem jednak czekała na mnie niemiła niespodzianka...

Po samej sesji wróciłem do domu, ale to, co miało być prostą podróżą powrotną, stało się początkiem technicznej przygody. Z wyjazdu do Polski przywiozłem pięć rolek filmów, jednak szybko okazało się, że wszystkie z ISO 200 były przeterminowane. Emulsja na nich została uszkodzona, co objawiło się w postaci charakterystycznego zjawiska – tzw. „ghostingu”, czyli nadruków na filmie. Efekt ten, choć ciekawy w pewnych kontekstach, nie pasował do moich zamierzeń. Na szczęście sesja, którą wykonaliśmy, była zapisana na rolce z ISO 100, fabrycznie nowej i wolnej od tej wady.

Przestroga na przyszłość – trzymajcie swoje filmy w lodówce. W przypadku średniego formatu i czarnobiałych klatek, przeterminowanie ma ogromny wpływ na jakość wizualną. To zupełnie nie to samo, co popularne efekty lomo czy małoobrazkowe przygody z kolorem. Po wywołaniu zdjęć z ulgą odkryłem, że cała dedykowana Sofii rolka była w porządku. Na początku nawet nie analizowałem szczegółowo zdjęć, bo moja uwaga skupiona była na tych uszkodzonych. Jednak zrobiłem jedno zdjęcie telefonem, by dać jej znać, że film się udał – mimo że miało to być tylko bonusowe ujęcie, okazało się być nieocenionym elementem całej sesji.

Mimo że początkowo nie planowałem tego, po wywołaniu zdjęć nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że muszą trafić do ciemni. To była decyzja, która przyszła dość spontanicznie, ale z każdą minutą utwierdzałem się w przekonaniu, że te obrazy zasługują na to, by zostać powiększone. Choć temat, który wybrałem, nie jest typowo tym, w czym czuję się najbardziej komfortowo – bardziej przyciągają mnie cienie, subtelność detali, minimalizm – te zdjęcia miały coś, co zatrzymywało wzrok i budziło emocje. Ich klimat, choć nie do końca mój, okazał się być na tyle silny, że zacząłem dostrzegać w nich coś wyjątkowego. To był moment, w którym stały się czymś więcej niż tylko techniczną próbą, eksperymentem czy kolejnym projektem. Zaczęły żyć własnym życiem.

Czarno-biała sesja zdjęciowa w Raciborzu z Sofią

Wrażenia

Jest w nich ta nieskrępowana naturalność, coś, co trudno uchwycić w pełni cyfrowo – ta szczerość emocji, która nie jest wystudiowana ani udawana. Te zdjęcia oddają momenty, które są pełne radości, które po prostu dzieją się, nie są wymuszone. Widać to w każdym ujęciu. Na twarzy Sofii odbija się zarówno jej osobowość, jak i atmosferę, która panowała wokół. Były pełne "dobrych emoji", jakby każde zdjęcie niosło ze sobą jakąś pozytywną energię, która promieniowała wprost na mnie, na aparat i na film.

I chociaż nie jestem pewien, czy takie obrazy powinny być moim głównym nurtem twórczym, nie mogłem zignorować tego, jak dobrze wypadły na papierze. Gdy oglądałem je pod lupą, każda klatka zaczynała opowiadać swoją własną historię, stając się częścią większej całości. Było w tym coś magicznego – to jak analogowy obraz potrafił oddać nie tylko obraz, ale i uczucia, które towarzyszyły tej sesji. I mimo że może nie jest to mój ulubiony temat, z całą pewnością te zdjęcia zasługują na uwagę, zatrzymanie się na chwilę i pochylenie nad ich prostą, ale pełną ciepła naturą.

Wpis ten dostanie aktualizację jak zamówię nowe materiały do ciemni, czeka mnie pracowita noc w blasku czerwonej żarówki i zpachu chemii, którą porównuję do zapachu starej książki. To będzie męcząca ale piękna noc.

Ciekawi Cię modelka? Prywatnie Sofiia to ciepła, serdeczna osoba, z którą czas płynie równie przyjemnie, jak współpraca przy sesji zdjęciowej. Jej portfolio jako fotomodelki znajdziesz tutaj: @s.finv. Na co dzień, razem z mamą, prowadzi studio kosmetyczne Foxxy Brows — miejsce, gdzie pomaga wydobyć z ludzi jeszcze więcej piękna ;-)

Czarno-białe zdjęcie modelki z kręconymi włosami
Chat Icon
Asystent
BOT: Jestem wirtualnym (i w miarę inteligentnym) asystentem. Jeśli masz jakieś pytania, to chętnie Ci pomogę!
Hint