Petzval Lens od Lomography to jeden z najciekawszych obiektywów w mojej kolekcji – zabieram go niemal na każdą sesję zdjęciową. Jednocześnie jest to jeden z najtrudniejszych obiektywów do opanowania ze względu na dość toporne sterowanie. Jednak tego typu obiektywy nie powstają po to, by były wygodne, lecz by umożliwiały tworzenie rzeczy niemożliwych. Został zaprojektowany w dwóch celach: jako bokeh monster lub swirly bokeh monster – i w obu tych rolach sprawdza się doskonale.
Obiektyw wykonano z dość łatwo rysującego się mosiądzu, co stanowi nawiązanie do klasycznego wyglądu obiektywów Petzvala, mających już blisko 200-letnią tradycję. Metal z czasem ulega zużyciu – pojawiają się na nim tlenki i rysy. Uczciwie przyznam, że nie zawsze nosiłem go w dedykowanym futerale, więc częściowo mogę być winny jego obecnemu stanowi. Jednak ten obiektyw starzeje się jak dobre wino. Wewnętrznie wszystkie mechanizmy i ruchome części działają bez zarzutu. Zużyta powłoka dodaje mu pewnego retro uroku.
Ostrość reguluje się za pomocą pokrętła, które nie jest szczególnie precyzyjne i wymaga pewnego wyczucia w palcach.
Aparat nie posiada klasycznej przysłony z listkami – zamiast tego stosuje się metalowe blaszki z otworami o określonych średnicach, które wsuwane są w odpowiednie miejsce. Przy pierwszym kontakcie może się to wydawać nieintuicyjne, ale rozwiązanie to ma swoje zalety, o których opowiem później. Trzeba uważac aby tych blaszek nie zgubić bo ich ponowny zakup albo wykonanie samemu może być nieco kłopotliwe.
Jedynym pierścieniem na obiektywie jest pierścień regulujący bokeh, wyskalowany od 1 do 7. Pozycja „1” oznacza klasyczny bokeh, natomiast „7” – efekt wirującego rozmycia. Ten pierścień działa jak regulacja supermocy, choć moim zdaniem obraca się nieco zbyt luźno, co podczas zdjęć może prowadzić do jego przypadkowego przestawienia. Wymaga to stałej kontroli jego położenia.
Obiektyw jest dość ciężki, ale przy tak ekstrawaganckiej, metalowej konstrukcji nie mogło być inaczej.
Swirly bokeh uzyskujemy poprzez odpowiednie ustawienie obiektu na pierwszym planie oraz zadbanie o to, by tło znajdowało się odpowiednio daleko. Najlepiej, jeśli będzie ono mozaiką świateł i cieni – może to być rozświetlona neonami ulica, drzewa przepuszczające promienie światła lub inne podobne kompozycje.
Aby uzyskać efekt wirującego bokeh, potrzebujemy elementu, który zostanie wprowadzony w ruch. W przypadku zdjęcia po lewej stronie są to gałęzie drzewa znajdujące się w centrum kadru. Postać na pierwszym planie nie podlega temu efektowi, jednak dzięki płytkiej głębi ostrości wyraźnie widać jej wyodrębnienie na tle. Lekko żabia perspektywa sprawia, że tylko jeden element zdjęcia mieści się w obszarze ostrości.
Komponując to ujęcie, zadbałem o to, by efekt wiru był mocno uwydatniony, a twarz i parasol znalazły się jak najbliżej mocnego punktu kadru.
Te obiektywy są bardzo wyspecjalizowane i moim zdaniem nie ostrzą w nieskończoność. Teoretycznie można ustawić ostrość, ale obraz i tak pozostaje bardzo rozmyty. Być może użycie wysokiej wartości przysłony mogłoby nieco poprawić sytuację, jednak nadal jest to zdecydowanie najmniej ostry obiektyw, jaki posiadam.
Podczas fotografowania często przełączam się między nim a ostrą stałką, np. Nikkora. Płytka głębia ostrości wymaga dużej precyzji – nawet niewielkie ruchy do przodu lub do tyłu, zarówno fotografa, jak i osoby portretowanej, mogą sprawić, że wiele zdjęć, choć udanych pod względem kompozycji, zostaje odrzuconych z powodu braku ostrości. Wymaga to wprawy i pełnej kontroli nad kadrem.
Osobiście często sprawdzam ostrość na podglądzie Live View. Dopiero po powiększeniu obrazu można ją precyzyjnie ustawić, ale jest to chwilowe – każdy kolejny ruch w przód lub w tył oznacza konieczność ponownego dostrajania. Skupiając się wyłącznie na ostrości, łatwo zapomnieć o kadrowaniu i ogólnym układzie sceny.
Niewątpliwie największą wadą obiektywu Petzvala jest jego niska ostrość. Po prawej stronie zamieszczam zdjęcie ostrej twarzy wraz z całą sylwetką. Uzyskanie takiego efektu jest trudne – im dalej znajduje się obiekt, tym ostrzenie staje się bardziej wymagające. Tutaj jednak udało mi się to nawet na sporej odległości i w ruchu! Czyli da się? Da się! A dla takiego efektu – moim zdaniem – warto.
Drugą rzeczą, którą zauważyłem – i absolutnie nie uważam tego za wadę, lecz za coś, co warto mieć na uwadze – jest kontrast. Te obiektywy nie oferują tak wysokiego kontrastu jak średniobudżetowe stałki. Nie znam żadnej obiektywnej miary, którą mógłbym to precyzyjnie opisać, ale subiektywnie mam wrażenie, że obraz w porównaniu do moich portretowych stałek jest nieco mniej kontrastowy. Nie stanowi to oczywiście żadnego problemu, jednak czuję się w obowiązku, by o tym wspomnieć.
Jedno z moich ulubionych, a może nawet ulubione zdjęcie, jakie kiedykolwiek zrobiłem, powstało właśnie dzięki temu obiektywowi i wysłużonemu Nikonowi F-501 — analogowej lustrzance, która jest niemal moim rówieśnikiem. Nie potrafię tego logicznie wyjaśnić, ale większość zdjęć wykonanych analogiem wydaje się odrobinę ostrzejsza w porównaniu do cyfrowych. Może to kwestia samej faktury obrazu albo tego, że bez lupy trudniej dostrzec drobne nieostrości.
Jeśli Twój analog ma ten sam bagnet co cyfrowy korpus, wszystko będzie działać bez zarzutu. Właśnie dlatego warto trzymać się jednego systemu. Większość moich szkieł dogaduje się zarówno z wiekowymi analogami, jak i nowoczesnymi cyframi.
Prezentowane zdjęcie to demonstracja maksymalnych możliwości Petzvala — poziom swirly bokeh ustawiony na najwyższą wartość, a przysłona na najniższą dostępną. Podoba się?
Wrażenia z takiej konfiguracji są wyjątkowo pozytywne. Petzval i analog to duet, który po prostu działa.
Gdybym go stracił, natychmiast kupiłbym kolejny. Nie oznacza to jednak, że jest to obiektyw wart polecenia każdemu. Jeśli cenisz w fotografii nowoczesny sprzęt, precyzję i maksymalne osiągi, ten model może Cię rozczarować. Jest bardzo „malarski” – zarówno pod względem efektu, jak i sposobu pracy. Wymaga oswojenia i cierpliwości, ale potrafi się odwdzięczyć.
Najlepiej sprawdza się w fotografii portretowej, ewentualnie w zdjęciach detali, jednak zdecydowanie trafia w segment artystyczny. Profesjonaliści, dla których kluczowe są refleks i powtarzalność wyników, mogą nie mieć do niego ani zaufania, ani cierpliwości.
Ja go uwielbiam – ale polecam dopiero jako 3. lub 4. obiektyw, gdy masz już czym robić zdjęcia i chcesz eksperymentować.