Dziś będzie trochę technicznie – wróciłem do ciemni. Pięć rolek filmu 120 to sporo, więc zapowiadał się intensywny dzień: rękawy podwinięte, koreksy gotowe, chemia w idealnej temperaturze. Materiał był starannie dobrany – ISO 100 do ujęć plenerowych w pełnym słońcu, ISO 400 do wnętrz i głębokiego cienia, ISO 200 tam, gdzie światło było rozproszone, miękkie, nieoczywiste. Wszystko czarno-białe, wszystko przemyślane niemal podręcznikowo – zależało mi, żeby maksymalnie zwiększyć swoje szanse na mocne, technicznie poprawne kadry.
I wtedy stała się katastrofa.
Zupełnie zapomniałem, że te rolki ISO 200 mają swoje lata. Kupiłem je kiedyś z myślą o teście jakiegoś średnioformatowego korpusu – nie zachwycił mnie, a filmy, zamiast trafić do lodówki, wylądowały gdzieś z boku. Leżały tak latami, zapomniane, bo nie przeszkadzały. Niestety, czas i warunki przechowywania zrobiły swoje.
W przeciwieństwie do arkuszy wielkiego formatu (gdzie ochrony nie ma) czy filmów małoobrazkowych (typ 135), które zamknięte są w szczelnym kanistrze, filmy średnioformatowe mają zupełnie inną konstrukcję i sposób pakowania. Nawinięte są na otwartą szpulę, bez dodatkowej obudowy, a przed przypadkowym naświetleniem zabezpiecza je czarny papier ochronny – tzw. backing paper. I właśnie ten element okazuje się czasem piętą achillesową całej konstrukcji.
Papier ten jest pokryty charakterystycznymi wzorami – musi być kompatybilny z różnymi formatami i aparatami, także tymi starszymi, które nie mają mechanicznego licznika klatek. Dlatego naniesione są na niego rozmaite oznaczenia: cyfry, kropki, kwadraty, strzałki. Te znaki miały być pomocne – umożliwiały użytkownikowi precyzyjne ustawienie filmu w okienku podglądu znajdującym się z tyłu wielu starszych aparatów.
Zazwyczaj backing paper (papier ochronny filmu średnioformatowego) ma dwie wyraźnie różne strony – od strony emulsji jest czarny i matowy, zaprojektowany tak, by maksymalnie ograniczyć przenikanie światła i nie odbijać go w stronę filmu. Strona zewnętrzna – ta, którą widzi fotograf przez okienko w aparacie – również jest czarna, ale często pokryta jest białym nadrukiem (cyfry, symbole, znaki kontrolne), albo odwrotnie: jasna z ciemnymi oznaczeniami. Kluczowe jest to, by wszystkie informacje były dobrze widoczne nawet w trudnych warunkach oświetleniowych.
Aby zachować walor edukacyjny, pokażę teraz przykład – jak wygląda tylna klapa starego aparatu Agfa Billy. Widać na niej charakterystyczne czerwone okienko, przez które odczytujemy numer klatki bezpośrednio z backing paper. Na zdjęciu widoczna jest cyfra 4 – to znaczy, że film został przewinięty do czwartej klatki. Gdybym teraz przekręcił pokrętło dalej, numer zmieniłby się na 5, a film przesunąłby się o kolejne kilka centymetrów. Prosto i skutecznie – w ten sposób rozwiązano kwestię licznika klatek bez potrzeby stosowania skomplikowanych, precyzyjnych mechanizmów.
Sytuacja jednak komplikuje się, gdy weźmiemy pod uwagę, że "średni format" to tak naprawdę kilka różnych formatów. Najpopularniejsze to 6×4.5, 6×6, 6×7, 6×9 czy nawet 6×12. Każdy z nich ma inny rozmiar klatki, co oznacza, że film musi być przewijany na różne długości. Dlatego na backing paper znajdziesz kilka rzędów numeracji – osobny dla każdego formatu. W aparacie typu 6×6 będziesz używać jednego wiersza cyfr, w 6×9 innego. To trochę zagmatwane, ale jeśli tu trafiłeś, to najprawdopodobniej szukasz odpowiedzi na konkretny problem – i wiesz już, o co chodzi.
I tu dochodzimy do końca tej historii – spróbujmy sobie odpowiedzieć.
Nadruk z backing paperu / papieu ochronnego, pod wpływem czasu, temperatury, a według niektórych źródeł także wilgoci, stopniowo odcisnął się na emulsji światłoczułej. Zamiast być tylko powierzchownym śladem, stał się integralną częścią obrazu – tak samo utrwaloną, jak każdy inny fragment kadru.
Gdy po wywołaniu pierwszy raz spojrzałem na film, nie mogłem zrozumieć, co się stało. Myślałem, że to może zwykłe zabrudzenie – może nadruk da się spłukać, zetrzeć? Ale nie. Te cyfry, znaki i linie nie były już nadrukiem. One zostały... sfotografowane. Znalazły się w obrazie.
Mając pięć rolek do porównania, szybko namierzyłem winowajcę – ISO 200. Rolka, którą kupiłem kilka lat wcześniej „na próbę”, a potem zapomniałem. Zauważyłem, że film miał inny kolor – był lekko żółtawy. Może też delikatnie lepki, choć to akurat mogło być subiektywne odczucie (mokre filmy często sprawiają podobne wrażenie).
W skrócie – doszło tu do zjawiska podobnego jak przy odbitce stykowej. Kontakt między emulsją a nadrukiem był długotrwały, niemal nieruchomy. Transfer był powolny, ale skuteczny. Lata zrobiły swoje i cała zawartość papieru ochronnego „odcisnęła się” na klatkach filmu.
Nie wiem do końca, jak to się dokładnie dzieje. Czy to reakcja fotochemiczna? Czysto chemiczna? A może materiał był narażony na jakieś promieniowanie? Trudno powiedzieć. Ale efekt jest nieodwracalny.
Jak temu zapobiec?
Po tej lekcji poczytałem, pogrzebałem w źródłach i zebrałem kilka prostych zasad – żeby uprościć Ci research:
Przechowuj film w chłodnym, suchym miejscu – najlepiej w lodówce. Ciemność i niska temperatura znacząco spowalniają procesy chemiczne.
Nie zostawiaj załadowanego filmu w aparacie zbyt długo – szczególnie, jeśli zdjęcia są już zrobione, a film czeka na wywołanie. Kontakt emulsji z nadrukiem trwa wtedy najdłużej.
Unikaj wilgoci – jeśli mieszkasz w miejscu o podwyższonej wilgotności, przechowuj filmy w szczelnych pojemnikach z pochłaniaczem wilgoci.
Wywołuj film możliwie szybko po naświetleniu – im krócej film czeka, tym mniejsze ryzyko, że emulsja przejmie coś, czego nie powinna.
Przechowywanie filmów fotograficznych w lodówce znacząco spowalnia procesy chemiczne, które z czasem prowadzą do degradacji emulsji. W niższych temperaturach:
emulsja pozostaje stabilna i mniej podatna na działanie wilgoci czy ciepła,
unika się powstawania niepożądanych efektów, takich jak właśnie przeniesienie nadruku z papieru ochronnego (backing paper transfer),
film dłużej zachowuje swoje właściwości światłoczułe — szczególnie ważne w przypadku filmów przeterminowanych lub rzadkich.
Niska temperatura działa jak naturalny „konserwant” materiału światłoczułego, dlatego przechowywanie filmów w lodówce to najprostszy i najskuteczniejszy sposób na ich ochronę przed utratą jakości — zarówno przed, jak i po załadowaniu do aparatu.
Wystarczy trzymać je w szczelnym pojemniku (np. plastikowym pudełku z zamknięciem i woreczkiem z pochłaniaczem wilgoci), by uniknąć skraplania się wody i zapewnić stabilne warunki.
Czasem przeterminowane filmy są pożądane — szczególnie wśród miłośników estetyki lo-fi/lomografia, eksperymentu i zaskakujących rezultatów. Dotyczy to zwłaszcza kolorowych filmów małoobrazkowych, które z wiekiem potrafią nabrać zupełnie nowego charakteru. Zmiany w emulsji prowadzą do przesunięć kolorystycznych, zwiększonego ziarna, nietypowej tonalności, a nawet kompletnie nieprzewidywalnych, psychodelicznych efektów. Dla wielu fotografów to właśnie ten element przypadkowości staje się największym atutem — zaproszeniem do twórczej gry z materią światłoczułą.
Jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej, gdy w grę wchodzi średni format. Tu większość fotografujących sięga po film nie po to, by uzyskać dziwne kolory czy losowe przebarwienia, ale by pracować świadomie z plastyką obrazu, bogactwem detalu i tonalną głębią. Średni format to precyzja, a nie chaos. Tymczasem przeterminowany film 120 rzadko nagradza odwagę estetyczną — znacznie częściej karze za nią technicznymi niedoskonałościami. Odbite nadruki z papieru ochronnego, nierówna światłoczułość, wyraźnie pogorszona jakość obrazu czy niestabilność kolorystyczna mogą sprawić, że zamiast artystycznego eksperymentu otrzymujemy po prostu zniszczony materiał.
Trudno więc znaleźć racjonalne uzasadnienie dla celowego fotografowania przeterminowanym filmem średnioformatowym, chyba że ktoś robi to w pełni świadomie, z wyraźnym zamysłem estetycznym — i liczy się z ryzykiem, że żadna klatka nie przetrwa tego procesu bez uszczerbku. W praktyce jednak, o ile w małym obrazku „błąd” potrafi być wartością, o tyle w średnim formacie zbyt często staje się po prostu problemem.
Do zdjęcia zapozowała niezwykle fotogeniczna i utalentowana Pani Fotograf — Dominika SWR. Jej wyjątkowe prace możecie podziwiać między innymi na Instagramie. To fascynująca postać, która z równą swobodą odnajduje się zarówno przed, jak i za obiektywem.
Dominika SWR to osoba, która zawsze zostawia po sobie przyjemny niedosyt — taki, który sprawia, że chce się więcej. Śledzę jej twórczość z prawdziwą fascynacją, bo za każdym razem wnosi coś wartościowego: obraz, słowo, gest. A kiedy staje przed moim obiektywem i pozwala mi być częścią tej chwili, czuję przyjemne wyróżnienie.