Jadąc na zdjęcia, wiedziałem, że kadry mają być wąskie. Chciałem skupić się na detalach uchwyconych w naturze, zamiast pokazywać całą postać czy otoczenie. W mojej wyobraźni pojawiały się jednak drobne kwiaty, które miały kraść część uwagi, a dłonie miały stać się dla nich czymś w rodzaju żywego wazonu.
Całą drogę obserwowałem przydrożne kwiaty i właściwie bez przerwy oceniałem w myślach, które z nich najlepiej sprawdziłyby się na zdjęciach. Kiedy dotarliśmy do lasu, rzeczywistość szybko zweryfikowała ten plan. Mimo że las jest dla mnie niemal drugim domem, tym razem zdołał mnie zaskoczyć. Nie było kwiatów. Nie było nawet charakterystycznych połaci mchu, na które trochę liczyłem.
Rozwiesiliśmy hamak, przygotowaliśmy swoją małą bazę i poszedłem szukać drzewa. Potrzebowałem czegoś niezbyt grubego, stosunkowo prostego i najlepiej porośniętego czymś, co samo w sobie stanie się elementem kompozycji. Jedynym zasobem, którego las zdecydowanie nie oszczędzał, był bluszcz.
Wybrałem więc drzewo mocno nim porośnięte, choć początkowo miałem wrażenie, że w najbliższej okolicy trudno będzie znaleźć coś naprawdę interesującego. Zaczęliśmy od pierwszych kadrów. Były poprawne. Pomyślałem nawet, że pójdzie szybko i dzięki temu zrobimy znacznie więcej ujęć.
Ale kiedy zacząłem oglądać zdjęcia na ekranie aparatu, zrozumiałem, że czegoś w nich brakuje. Drzewo i człowiek nadal pozostawały dwiema oddzielnymi rzeczami.
Zacząłem więc wplatać bluszcz pomiędzy dłonie i palce. Nagle pojawiło się połączenie. Roślina przestała być tylko tłem, a zaczęła przechodzić z drzewa na ciało. Kiedy efekt był już bliski temu, czego szukałem, zauważyłem jeszcze jedną rzecz: skoro bluszcz oplata pień i dłonie, podobnie powinny zachowywać się liny.
Wtedy wszystko zaczęło się układać. Pnącza i liny tworzyły podobne linie, krzyżowały się, zaciskały wokół form i prowadziły wzrok przez fotografię. To, co początkowo było tylko zastępstwem dla nieobecnych kwiatów, stało się właściwym tematem zdjęcia.
Kolejny kadr miał znaleźć się gdzieś na granicy nagości zakrytej. Nie chciałem jednak budować go wyłącznie na sugestii ani chować wszystkiego za ekstremalnie płytką głębią ostrości. Szukaliśmy spokojnej, harmonijnej pozycji, w której ciało nie będzie konkurować z drzewem, lecz stanie się częścią tej samej kompozycji.
Ostatecznie właśnie brak tego, czego szukałem na początku, zdecydował o charakterze całej serii. Zamiast kwiatów pojawił się bluszcz. Zamiast dekoracji – powtarzający się rytm pnączy i lin. A dłonie, które miały być jedynie „wazonem”, stały się punktem, w którym człowiek i natura zaczynają się ze sobą splatać.
Asystent