Spotkaliśmy się na plaży nudystów. Nie było to planowane. Po prostu o tej porze dnia to właśnie tam było najlepsze światło.
Weszliśmy trochę niepewnie między plażowiczów i rozłożyliśmy się na brzegu. Tak jak nagi człowiek wyróżnia się w ubranym tłumie, tak my wyróżnialiśmy się tam, pozostając ubrani. To chyba jedna z tych rzeczy, które tak bardzo lubię w plenerowych sesjach — przygoda często pisze się sama.
Był słoneczny dzień, a słońce stało wysoko. Pogoda zdecydowanie bardziej sprzyjała dołączeniu do pływających niż fotografowaniu. Wysokie słońce i upał sprawiają, że cienie stają się ostre i krótkie, kontrasty ogromne, a skóra bardzo szybko reaguje kropelkami potu. Nadbrzeżne drzewo dało nam jednak schronienie i warunki, których potrzebowaliśmy. Trzeba było jeszcze zadbać o to, aby skąpana w słońcu linia brzegowa nie została całkowicie przepalona, a modelka nie zniknęła w cieniu. Te kontrasty.
Weszliśmy do wody, nadal wyróżniając się ubraniem. Brodziliśmy wzdłuż linii brzegowej, aż dotarliśmy pod drzewo. Woda i kreacja Południcy zaskakująco dobrze do siebie pasowały. Tym sposobem moja Południca zaczęła powoli zamieniać się w Rusałkę.
Mitologia słowiańska jest źródłem, z którego można czerpać inspiracje garściami. Nie trzeba przy tym kurczowo trzymać się jednego mitu ani tworzyć jego dosłownej ilustracji. Bardziej interesuje mnie atmosfera, skojarzenie, jakiś niepokój ukryty pod pozornie pięknym obrazem.
Rozpoczęliśmy od rozgrzewki: prostych ujęć, prób światła, eksperymentowania z pozycją w wodzie i kątem względem słońca. Szukałem miejsca, w którym światło przestanie walczyć ze zdjęciem i zacznie dla niego pracować.
W końcu udało mi się wyciąć z kadru skąpaną w ukropie linię brzegu i stworzyć scenę spójną pod względem światła — jasną i ciepłą, a jednocześnie delikatnie ponurą. Zieleń, ciemna woda, biała suknia i mocne czerwone ornamenty zaczęły pracować razem. Zdjęcia wyszły całkiem malowniczo, trochę inaczej niż te, do których jestem przyzwyczajony, ale chyba właśnie o taki efekt chodziło.
Staliśmy się przy okazji lokalną atrakcją plaży. Plażowicze zaczepiali nas, zatrzymywali się na chwilę i pytali, co właściwie robimy. Bardzo szybko złapaliśmy z nimi kontakt. Czyjś dmuchany materac został nawet tymczasowym stołem na sprzęt, ustawionym pośrodku wody.
Dzięki temu mogliśmy śmielej eksperymentować z zanurzeniem i perspektywą. Schodziłem coraz niżej z aparatem, próbując znaleźć punkt, z którego woda zacznie naprawdę uczestniczyć w kadrze, a nie będzie jedynie tłem. Jednocześnie cały czas musiałem pilnować, żeby aparat pozostawał bezpiecznie ponad jej powierzchnią. Wystarczyłaby jedna większa fala, jeden zły ruch albo chwila nieuwagi i eksperyment mógłby skończyć się bardzo kosztownie.
Z czasem sesja przestała być jednak walką ze światłem, wodą i warunkami. Wszystko zaczęło działać naturalnie. Wiedzieliśmy już, gdzie możemy stanąć, jak zachowuje się światło pod drzewem i gdzie pojawiają się odbicia. Mogliśmy przestać testować i zacząć po prostu fotografować.
I chyba właśnie wtedy powstały moje ulubione kadry z tej serii.
Asystent